poniedziałek, 23 stycznia 2012

Kawah Ijen - siarkowe piekło


Mówią o nich „Szerpowie piekieł”…
Indonezja, wschodnia część Jawy, Kawah Ijen… siarka!
Jedno z niewielu takich miejsc na ziemi, gdzie sposób wydobycia siarki nie zmienił się od dziesiątek lat. Z pewnością powodem tego nie jest szacunek dla tradycji.
 

Codziennie, w japonkach (co bogatsi w kaloszach), w oparach siarki indonezyjscy robotnicy wydobywają setki kilogramów siarki.

Więcej zdjęć po kliknięciu "Czytaj więcej..."



Podczas gdy dla nas wspinaczka na szczyt wulkanu i zejście do wnętrza krateru było niemal nadludzkim wyczynem, górnicy cały urobek wydobywają ręcznie oraz wynoszą z dna krateru na własnych plecach. Ludzie Ci są z reguły szczupli i niewysocy a na swoich plecach dźwigają bambusowe kosze z siarką ważące w granicach 70-110kg.

 

Chcieliśmy zjawić się na dnie krateru z samego rana ale udało się dotrzeć na miejsce dopiero około południa (przeklęte Bintangi!). Górnicy schodzą do krateru już o trzeciej nad ranem, przy świetle latarek (powodzenia życzymy wszystkim chętnym). Niestety ominął nas proces skuwania już zastygłej siarki, która ściekała z wulkanu przez całą noc za pomocą sieci rur. Pokruszona siarka przygotowana jest w koszach do transportu na górę.

 

My na dół, autochtoni do góry. My ledwo dyszymy, oni z uśmiechem odpalają kolejnego papierosa – a palą dużo… naprawdę duuużo. Nie ma co się dziwić w Indonezji papierosy zawierają 3 razy więcej nikotyny niż u nas. 

 
 

4,5 kilometra          – odległość krateru do punktu skupu
2        – maksymalna liczba kursów jednego robotnika
100 kilogramów    – średnia masa koszy niesionych przez robotnika
600 rupii        – cena jaką dostaje robotnik za jeden dotargany do skupu kilogram siarki
13USD        – dzienna pensja robotnika

 
 

W połowie drogi między dnem krateru a punktem skupu następuje obowiązkowa przerwa na papierosa. Jest to punkt ważenia. Tutaj ma miejsce cała magia, tutaj kilogramy siarki zamieniają się w rupie. Po ważeniu jest już z „górki”. Po wspinie z dna krateru  do jego krawędzi reszta drogi to jak relaksujący spacerek… ze stoma kilogramami na plecach…


Ciężka robota. Tym bardziej, że góra zarówno jak żywi tak i zabija górników. Trujące opary siarki gwarantują krótką karierę w tym zawodzie. Oczywiście magister inżynier potrafi, magister inżynier wie… więc zmontowaliśmy sobie prowizoryczne filtry (szmaty nasączone wodą) których skuteczność, hmm… pozostawiała wiele do życzenia, więc się dusiliśmy z braku powietrza. Ludzie, którzy tam pracują oczywiście nie stosują żadnych filtrów ochronnych. 

Dla większości turystów wulkan jest często jedynie fotogenicznym landszaftem. Spora ich część kończy swoją wyprawę na krawędzi wulkanu nie ryzykując zejścia do zasnutej przez cuchnące, trujące opary kopalni.
 

Ich strata.